To była przedostatnia notka. Teraz notka z dnia 04.05.2006 r. Urodziny Mike’a Dirnt’a :D
Dzisiaj obchodzimy urodzinki Mike’a Dirnt’a najlepszego punk’owego basisty wszech czasów :D.
Życzymy sto lat i więcej, a także żeby Green Day jeszcze długo funkcjonował w takim składzie jak teraz. Życzenie składać w komentarzach…
No i tutaj już opowiadanie z czwartego maja…
Jane powoli wracała z dyskoteki, wtulona w ramię Frank’a. W dalszym ciągu nie mogła uwierzyć, że ma takiego świetnego faceta. Naprawdę pierwszy raz w życiu czuła że kogoś kocha. Ale nie tylko takie gadanie. Naprawdę Go kochała. Jeszcze nigdy mu tego nie powiedziała. On jej zresztą też nie. Miała zamiar mu to powiedzieć już dawno… Nie miała jednak odwagi. Zbytnio się bała. Bała się śmieszności, i tego co by się stało, gdyby on jej nie kochał.
Jane rozejrzała się po korytarzu. Dopiero teraz zauważyła że nigdzie nie widziała Billie’go i Rebel. Byli na dyskotece, a potem straciła ich z oczu. I to na bardzo długo.
- Nie wiesz gdzie jest Rebel i Billie? Nie ma ich nigdzie…
- Może są u mnie w pokoju? Chodż sprawdzimy, a jak nie będzie ich to rozglądniemy się po hotelu.
- Dobra. – odrzekła Rebel, po czym weszła z Frank’iem do pokoju. Było tam cicho i pusto. Oczywiście Rebel i Billie’go ani śladu. Rebel ani przez chwilę nie pomyślała, że Rebel i Billie mogliby być teraz gdzieś razem. Billie i Rebel? Ha! Wątpiła. Rebel nigdy nie okazała żadnego zainteresowania do Billie’go. On do niej zresztą też. Wyraźnie byli tylko kumplami i nic więcej. Chyba.
Po chwili poszukiwań wkońcu Jane uświadomiła sobie, że nie sprawdziła u siebie w pokoju. Wątpiła czy tam ich znajdzie, należało jednak sprawdzić. Powoli podeszła do drzwi. Zobaczyła że drzwi były lekko uchylone. A przecież ona je zamykała. I ona miała klucze. Jane dotknęła szlufki spódnicy, w celu odczepienia klucza. Cholera! Ktoś je jej zwinął. A jeśli tam jest ktoś obcy? Całe szczęście był z nią Frank. A jednak faceci się czasem przydają.
Delikatnie popchnęła drzwi, które otworzyły się z piskiem. Pierwszy rzut oka na pokój: pusto. Drugi rzut oka na pokój: Jezus Maria.
To co Jane zobaczyła było nie wiarygodne. Oto na kanapie, która bardziej przypominała rozwalony materac z oparciem, leżała Rebel razem z Billie’m. Nie. Billie leżał na Rebel i całował ją gdzie popadło. Nie, nie był to sex. Byli w ubraniach, a wygądali na cholernie zakochanych. Jane i Frank patrzyli tak na nich z niedowierzaniem. Co jak co, było to cholernie krępujące. Jane w życiu by się w takiej sytuacji nie odezwała. Ale Frank… hmm…
- Lepiej by było gdybyście drzwi zamykali, jeszcze was ktoś ukradnie.- głowy Rebel i Billie’go natomiat odwróciły się w stronę drzwi. Spojrzeli na nich, po czym Billie zszedł z Rebel i usiadł obok niej. Rebel uśmiechnęła się przebiegle, po czym delikatnie oparła się o ramię Billie’go. Zapadła niezręczna cisza [osioł :D].
- No dobra chłopaki wypad. Idziemy spać. Sio ale już!- Jane wypędziła chłopaków z pokoju, po czym spojrzała na Rebel. Była niemiłosiernie rozczochrana, sukienka wygnieciona, szminka rozmazana. Rebel po stosunku. A jak inaczej to ująć? Nie da się.
Rebel obudziła się dość późno. Jane nie było, widocznie zeszła na śniadanie. Nie była jednak sama w pokoju. Obok łóżka, siedział jej własny, rodzony brat. Patrzył na nią swoimi szarymi oczami. Rebel nie wiedziała co powiedzieć. Zaczęła więc od podstaw :
- Co ty tu robisz?- spytała mocno zdziwiona.
- No przyjechałem po Ciebie. Musimy jechać na pogrzeb rodziców.- Rebel nie wierzyła, że przejechał taki kawał drogi tylko po to. Rebel nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wiedziała czy jechać. Widziała ich jak odjeżdżali, kiedy ich zostawiali. Teraz zobaczy ich jak odchodzą na zawsze.
- Kiedy i gdzie?- spytała. Nie chciała sama wracać do Berkeley. Chciała żeby wszyscy mogli być z nią. I pomóc jej w tym.
- Dwie przecznice z tąd, za 4 godziny.
- Jak to dwie przecznice z tąd?! Jak?!- nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Oni tu mieszkali Reb. Też się dowiedziałem dopiero wczoraj. Jechałem tu na łeb, na szyję. Rebel nie odmawiaj. Musisz ich chociaż pożegnać.
- Dobrze, dobrze, ale mogę wziąć kolegów? Nie chcę jechać sama!- narodził się w niej mały bunt. Nie wiedziała nawet dlaczego.
- Ile osób? Mam tylko dwa miejsca siedzące.- powiedział.
- Nie będą potrzebne.- przebiegle uśmiechnęła się przebiegle i wyszczeżyła zęby.
Cała piątka była gotowa. Rob załatwił już wszystkie formalności z Frose. Trwało to dosyć długo, Frose uparta babka. Fakt.
- No Rob my wskakujemy.- powiedziała Rebel ubrana w czarną sukienkę.- Jakoś sobie poradzimy nie będzie tak źle. No wskakujemy!- zakrzynęła.
- Będziemy jechać z tyłu pick up’a? Faaajnie.- odpowiedział Mike.
- Dobra, dobra. Pozapinajcie kurtki, będzie trochę wiało. No i chyba zaczyna padać.- z nieba zaczęły sypać się małe śnieżne gwiazdki.
Powoli cała piątka siedziała z tyłu pick up’a. Włosy rozwiewał wiatr, policzki robiły się czerwone od mrozu, kurtki były prawie mokre. Jazda nie trwała długo. Może 20 minut, ale tylko ze względu na jeden dłuższy korek. A brat Rebel, hoho jeździł jak wariat.
Samochód stanęł po dużym kościołem. Miał wielką wierzę, a zaraz za nim znajdował się cmentarz. Rebel, kiedy zrozumiała że to zaraz pochowa własnych rodziców, postanowiła zostać. Nie mogła jednak. Rob wyciągnął ją z tyłu samochodu i kazał iść do kościoła. Rebel powoli weszła. Zobaczyła dwie, duże, wyłożone koronką dębowe trumny. Bała się spojrzeć na ich zawartość. Poprostu nie mogła. Powoli podeszła do trumny. Zakryła usta, w tiku przerażenia.
To nie mogło się tak skończyć.
Poprostu nie mogło.
admin Bez kategorii