Notka
Notka
Pierwsze promyki słońca wpadły do kołyszącego się przedziału. Pociąg zmierzał na stację na której mieli już wysiadać. Wszyscy jeszcze spali, jedynie Rebel wpatrywała się w okno, i na mijające przez nich obiekty. Za niedługo będzie musiała pójść do szpitala. Usłyszeć wiadomość, lepszą lub gorszą. Wiedziała że jej to nie ominie. Sama jednak myśl o tym, powodowała że dostawała gęsiej skórki.
Pociąg z piskiem zatrzymał się na ich stacji. Crush zaczęła wszystkich trącać, w celu ich obudzenia. No, przynajmniej otworzenia zaspanych oczu. Wszyscy z niezadowoleniem zaczęli przeciągać się i ziewać. Niestety, trzeba było szybko się zebrać, inaczej odjechaliby na następną stację, a wizja zapieprzania na nogach do Berkeley nikomu się nie uśmiechała.
Wszyscy zabrali swoje plecaki i sprzęt, względnie posprzątali po czym wyszli z przedziału. Wyglądało na to, że jako jedyni tutaj wysiadali.
Wszyscy stali już na stacji. Kate, Jane i Rebel musiały się względnie ogarnąć, chłopaki musieli uporać się ze sprzętem.
- Czy ja mam omamy, czy to jest automat z kawą?- zapytała Kate upuszczając plecak. Wzrok wszystkich skierował się na duże pudło.
- Kawaa!- krzyknął Frank, podbiegając do automatu, i tuląc się do niego.- Kto ma drobne?- spytał grzebiąc w kieszeniach.
- Kurwa… kurwa…- szeptała Jane.- Nie widział ktoś mojego portfela?- wszyscy zgodnie odpowiedzieli że nie.- No to mój portfel wraz ze wszystkimi pieniędzmi odjechał. Wygląda na to, że miałam 20 $.
- Ma ktoś jeszcze pieniądze?- zapytał Mike. Wszyscy pokręcili głowami.
- Nie…- powiedział ze zrezygnowaniem Billie.
- A ja wiedziałem że to…
- Kompletny debilizm.- dokończyła reszta za Mike’a.
Wszyscy wolnym krokiem kierowali się do swoich domów. Na samą myśl o normalnym jedzeniu i wygodnym łóżku, wszystkim robiło się ciepło na sercu. Rebel postanowiła sobie, że najpierw pójdzie do domu, przebierze się, zostawi graty i ruszy do szpitala. Rozmyślała, czy nie wziąć ze sobą Billie’go albo Jane. Postanowiła jednak pójść sama. Nie chciała nikomu zawracać głowy, zaprzątać innych jej problemami. Z resztą, tylko Billie wie o co chodzi. Musi być sama. Musi.
***
Przekręciła klucz w zamku. Powoli otworzyła drzwi, i weszła do środku. Na środku salonu walały się papiery, tak samo jak wychodziła. Wszystko było nienaruszone. Widocznie Rob chciał zapamiętać to tak, jak wyglądało zawsze. Musiał obawiać się tego że nie wróci. Przypomniała sobie jego oczy, kiedy dowiedziała się o nowotworze. Były nieruchome, i szkliste. Malował się w nich strach, i niepewność. Niepewność tego, co może i mogło się stać.
Rzuciła plecak na łóżko, i zaczęła wygrzebywać jakieś ciuchy z szafy. W końcu zdecydowała się na zielono-czerwony sweter w paski, wytarte dżinsy i jej ulubione glany z czerwonym połyskiem. Stanęła przed lustrem i zaczęła się sobie przyglądać. Potem spojrzała na odbicie swojego pokoju. Była w nim całkiem sama. Pamiętała jednak wieczory, kiedy razem ze swoim bratem rozmawiała całymi godzinami, paliła razem z nim papierosy. Nie chciała, żeby ten dom pozostał taki pusty jak teraz. Po prostu nie mógł.
Zamknęła za sobą drzwi, i ruszyła w stronę szpitala w Oakland. Kawałek drogi był przed nią, postanowiła jednak przedłużyć trochę drogę. Doskonale wiedziała o tym, że nie powinna tego odwlekać, bo i tak będzie co ma być.
Usłyszała za sobą kroki. Odruchowo odwróciła się, i ujrzała Jane. „Tylko tego mi brakowało”- pomyślała.
- Dokąd się wybierasz?- spytała równając z Rebel.
- Do szpitala w Oakland.- odpowiedziała prosto z mostu Crush.
- A po…
- Rob ma nowotwór.- rzuciła przyspieszając kroku. Jane rozchyliła lekko usta ze zdziwienia, i spojrzała w ziemię. Szły teraz w milczeniu. Każda z nich wpatrywała się w inną stronę. Jane poczuła się trochę odrzucona, w końcu była najlepszą przyjaciółką Reb. Dlaczego więc jej nie powiedziała?
Powoli zbliżały się do szpitala. Wielki biały budynek stał się potworem. Tutaj zaczyna się życiem i kończy. Szkoda, że częściej się kończy.
- Reb iść z tobą?- spytała Jane.
- Nie. Poradzę sobie.- odpowiedziała Crush, popychając wielkie szklane drzwi. W środku unosił się ten sam, nieprzyjemny, szpitalny zapach. Mały chłopiec z diabelnymi czarnymi oczami, zmierzył ją wzrokiem. Minęła ją nastoletnia dziewczyna na wózku, lekko ją popychając. Minęła drzwi w których reanimowano pacjenta, podskakującego w konwulsjach padaczki. To wszystko zaczęło ją powoli przerastać.
Podeszła do recepcji. Za wysoką ladą siedziała kobieta koło trzydziestki, rzująca z mlaskaniem gumę do żucia.
- Czego?- rzuciła piłując swoje ogromne paznokcie.
- Gdzie leży Rob Crush?- spytała spokojnie Rebel.
- A bo ja wiem?- sekretarka przewróciła oczami.- Tam jest doktor Colloway.- wskazała na faceta o czarnych włosach, zaczesanych do tyłu.
Ruszyła w jego stronę. Właśnie rozmawiał z jakimś sepleniącym pięciolatkiem. Dziecko miało łzy w oczach, kiedy jednak lekarz dał chłopczykowi misia, na jego twarzy zawitał uśmiech. Colloway pogłaskał chłopaka po głowie, po czym ruszył korytarzem. Crush pobiegła za nim.
- Przepraszam, proszę pana.- stanęła przed nim, zastawiając mu przejście.- Co z Rob’em Crush’em? Jestem siostrą.- facet spojrzał w ziemię.
- Proszę za mną.- odpowiedział ruszając korytarzem.
***
Stanęła teraz przed śpiącym Rob’em. Na głowie miał biały bandaż okalający całą czaszkę. Udało się. Rebel nie mogła uwierzyć, że jednak się udało. Dalej będzie rozmawiała z Rob’em, paliła z nim papierosy. Zaczęła płakać. Powoli podeszła do łóżka na którym leżał. Przysunęła sobie stołek, i usiadła wpatrując się w spokojną twarz śpiącego brata. Złapała Go za rękę, a głowę ułożyła na łóżku.
W oczach zakręciły się łzy. Nie było jej smutno, chciało się jej jednak płakać. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że pierwszy raz od dłuższego czasu była w pełni…
Szczęścia.
” To jest pech, obyś zdechł
Każda runda z nim to cios w plecy.”
O.S.T.R (P.E.C.H.)
