Archiwum

Archiwum dla Marzec, 2010

Rebel i Jane

Marzec 27th, 2010
Komentarze są wyłączone

Muszę was z przykrością zawiadomić że mój “kochany” kuzynkek, skasował mi moje ostatnie dwie notki. Wkurzona jestem, ponieważ długo nad nimi pracowałam. Dlatego teraz obrazuję poprzednie dwie. Takie tu in łan. Mam nadzieję że liczba komentów też będzie podwójna :). Wybaczcie mi :)

Rebel i Jane spojrzały na siebie. Natychmiast wybuchnęły niepohamowanym śmiechem. Rebel upadła na kolana, po czym zwaliła się na podłogę. No bo co można zrobić gdy widzi się swoich przyjaciół w damskich ciuszkach? No właśnie. Chłopaki zalały się purpurowym rumieńcem. A Rebel cały czas się smieje. Jane oparła się o zapyziałą szafę, i śmiała się w niebogłosy. Chłopaki próbowali się się zaśmiać. Nie było to jednak tak proste. ” Jaki obciach”- przeszło im przez myśl. Rebel chciała przestać się śmiać niestety, było to łatwe, ponieważ co chwila zginała się w pół. Myślała że zaraz zacznie płakać. Oczywiście w porę się wstrzymała. Fajnie jestem mieć takich przyjaciół.
Wkońcu, stwierdziła że już starczy i postanowiła rozpocząć jakąś inteligentną rozmowę. Hmm… inteligentna rozmowa w takiej chwili?
- No, no, no nieźle. Gratuluję pomysłu ale nie lepiej było w inny sposób przyznać się do swojej dewiacji?- zapytała po czym znowu parsknęła śmiechem. W porę jednak powstrzymała się i nie dostała kolejnego ataku śmiechu. Zawstydzony Frank, postanowił się przełamać, i odpowiedzieć na to nurtujące wszystkich pytanie.
- Mike nas chciał zmusić do stosunku.- Jane chciała dowiedzieć się więcej szczegółów, niestety na korytarzu rozległ się przywołujący krzyk Frose. Chłopaki pospiesznie przebrały się w swoje ciuchy, po czym cała piątka wyległa na korytarz. Znajdowała się tam już ich cała klasa. Okazało się, że zmierzają na kolację. Na samo słowo “kolacja” Rebel dostała gęsiej skórki. Skoro tak wyglądają ich pokoje, to jak wygląda kuchnia?
Cała klasa, powoli udała się by zjeść “kolację”. Oczywiście musieli zapieprzać, jakieś dziewięć pięter, bo oczywiście jak na “porządny” hotel przystało winda nie działała.
Wkońcu, po morderczym biegu po schodach w dół, zobaczyli duży szyld “Jadalnia”. No niewiem czy to była jadalnia. Był to poprostu jeden z większych pokoi w tym hotelu, pełen 3 osobowych stolików. Na podłodze leżał marny dywan (o! dywan!), a w niektórych oknach nie było szyb. Przez to było tu cholernie zimno. Rebel i Jane zajęły sobie miejsca przy jedynym tutaj kaloryferze. Szkoda że kaloryfer nie działała. Wszyscy byli zdeka przemarznięci. Kiedy jednak Rebel spytała czy może iść po kurtki dla siebie i kolegów usłyszała kategoryczne “nie”. Nie dziwne. Sama Frose siedziała w grubym futrze. A oni musieli marznąć.
Po jakimś czasie, kolację podano. Rebel spojrzała na nią i stwierdziła że nie je. Tak samo pomyślała Jane. Jedzenie wyglądało jak zwrócone, i prasowane żelazkiem. Rebel nie miała zamiaru umrzeć z głodu. W plecaku miała jeszcze sporo kanapek.
Kiedy ona i Jane powoli zaczynały odchodzić od stolika, podszedł do nich Frank. Kucnął obok siedzenie Jane i powiedział:
- Dzisiaj wieczorem w pokoju 14 jest imprezka. Tak mówię.- i odszedł. Dziewczyny spojrzały na siebie.
- Idziemy?- spytała Jane.
- Impreza bez nas, to nie impreza.- odpowiedziała Rebel.

Dziewczyny rozpoczęły przygotowania do imprezy. Rebel przeglądnęła swój plecak i zdała sobie sprawę, że nie ma co włożyć. Miała jeszcze dwa czarne podkoszulki, szary swetr, i jedną parę dżinsów. Postanowiła zasiągnąć rady u Jane, ponieważ jej plecak, był zdecoydownie bardziej wypchany. Po względnym przyglądzie, Jane wybrała Rebel czarnę sukienkę sięgającą Rebel do kolan. Rebel nie miała zamiaru tego zakładać.
- Zgłupiałaś całkiem?! Ja ostatni raz byłam w sukience na własnej komunii wariatko!- krzyknęła.
- Ubieraj i to już!- Rebel zrezygnowana udała się do łazienki. Była cała zagrzybiona tak, że Rebel nie dotknęła by jej patykiem z odległości 10 m. Po chwili wciskanie się w sukienkę stanęła przed lustrem. Spojrzała na siebie. Przez chwilę myślała, że to jej matka się do niej uśmiecha. Nie ona. Uderzyła pięścią w lustro. Z dłoni trysnęła krew, a na lustrze ukazały się piękne wzory. Jane wpadła do łazienki.

Nie było tak źle. Ręka była przecięta tylko w jednym miejscu, a Jane zawsze miała przy sobie bandaż. Kiedy Frose zapytała co się stało, Rebel odpowiedziała, że przycięła sobie dłoń szafą. Że też ludzie wierzą w takie głupoty.
Wkońcu Jane i Rebel znalazły się w pokoju nr.14. Kiedy Rebel weszła do środka, wszystkie oczy zwróciły się na nią. Nie jarało jej to jednak. Nie lubiła być w centrum zainteresowania. Wszyscy wokół dobrze się bawili. Muzyka grała, a żarcia nie brakowało. Rebel usiadła na kanapie i rozglądnęła się po sali. Jane już dawno straciła z oczu. Wkońcu ją zobaczyła. Stała w kącie z Frank’iem. Całowali się. Rebel wyszła. Nie mogła patrzeć na zakochane pary. Rzygać się chciało.
Stanęła przed drzwiami. Rozglądnęła się, czy nikt nie idzie. Było niewiarygodnie pusto. Wkońcu, wyległ na korytarz Billie. Spojrzał na nią, i spuścił głowę w dół. Nie mógł spojrzeć jej w twarz. Rebel wyciągnęła paczkę papierosów. Paliła już bardzo długo. Wstyd.
Wyciągnęła paczkę do Billie’go. Wziął jednego, po czym zapalił go. Musiał palić już długo, ponieważ naprawdę nieźle się zaciągał. Rebel oparła się o ścianę. Nagle nadeszła pani Frose.
- Co to ma znaczyć?!- wyciągnęła im papierosy z ust.- Wracać do pokoi! Natychmiast! Nagana!- Rebel i Billie w ciszy udali się do pokoi. Rebel nie mogła zacząć rozmowy. Od tamtego “prawie” pocałunku, coś się między nimi przerwało. Nie wiedziała tylko co.
Doszli do pokoju. Rebel powiedziała krótkie “cześć” po czym chciała już wejść do pokoju. Niestety nie dała rady.
- O co Ci chodzi?- spytał Billie. W pierwszej chwili nie zrozumiała. Jak to o co jej chodzi? No tak. O tą ciszę.
- Nie wiem.- odpowiedziała, po czym spuściła głowę w dół. Nie mogła spojrzeć mu w twarz. Billie podszedł do niej. Kiedy podniosła wzrok, twarz Billie’go, była może o centymetr o jej twarzy. Spojrzała w jego zielone oczy. Wiedziała co się stanie. I co dziwne… chciała tego.
Ich twarze zaczęły się do niej zbliżać. Wkońcu Rebel dotknęła ustami jego ust. Billie delikatnie objął ją w pasie, a ona zarzuciła swoje ramiona na jego, po czym wbiła swoje palce, w miękkie włosy Billie’go. Nie wierzyła że to robi. Billie wyprawiał swoim językiem nie wiarygodne rzeczy w jej uustach. Po Rebel przeszedł dreszcz podniecenia. Wbiła swoje paznokcie w jego plecy, a on złapał ją mocno w pasie. Rebel wkońcu zrozumiała co było dla niej naprawdę ważne. No i jej pierwszy prawdziwy pocałunek.
Wkońcu.

Bez kategorii

Urodziny Mike’a Dirnt’a

Marzec 17th, 2010
Komentarze są wyłączone

To była przedostatnia notka. Teraz notka z dnia 04.05.2006 r. Urodziny Mike’a Dirnt’a :D

Dzisiaj obchodzimy urodzinki Mike’a Dirnt’a najlepszego punk’owego basisty wszech czasów :D.
Życzymy sto lat i więcej, a także żeby Green Day jeszcze długo funkcjonował w takim składzie jak teraz. Życzenie składać w komentarzach…

No i tutaj już opowiadanie z czwartego maja…

Jane powoli wracała z dyskoteki, wtulona w ramię Frank’a. W dalszym ciągu nie mogła uwierzyć, że ma takiego świetnego faceta. Naprawdę pierwszy raz w życiu czuła że kogoś kocha. Ale nie tylko takie gadanie. Naprawdę Go kochała. Jeszcze nigdy mu tego nie powiedziała. On jej zresztą też nie. Miała zamiar mu to powiedzieć już dawno… Nie miała jednak odwagi. Zbytnio się bała. Bała się śmieszności, i tego co by się stało, gdyby on jej nie kochał.
Jane rozejrzała się po korytarzu. Dopiero teraz zauważyła że nigdzie nie widziała Billie’go i Rebel. Byli na dyskotece, a potem straciła ich z oczu. I to na bardzo długo.
- Nie wiesz gdzie jest Rebel i Billie? Nie ma ich nigdzie…
- Może są u mnie w pokoju? Chodż sprawdzimy, a jak nie będzie ich to rozglądniemy się po hotelu.
- Dobra. – odrzekła Rebel, po czym weszła z Frank’iem do pokoju. Było tam cicho i pusto. Oczywiście Rebel i Billie’go ani śladu. Rebel ani przez chwilę nie pomyślała, że Rebel i Billie mogliby być teraz gdzieś razem. Billie i Rebel? Ha! Wątpiła. Rebel nigdy nie okazała żadnego zainteresowania do Billie’go. On do niej zresztą też. Wyraźnie byli tylko kumplami i nic więcej. Chyba.
Po chwili poszukiwań wkońcu Jane uświadomiła sobie, że nie sprawdziła u siebie w pokoju. Wątpiła czy tam ich znajdzie, należało jednak sprawdzić. Powoli podeszła do drzwi. Zobaczyła że drzwi były lekko uchylone. A przecież ona je zamykała. I ona miała klucze. Jane dotknęła szlufki spódnicy, w celu odczepienia klucza. Cholera! Ktoś je jej zwinął. A jeśli tam jest ktoś obcy? Całe szczęście był z nią Frank. A jednak faceci się czasem przydają.
Delikatnie popchnęła drzwi, które otworzyły się z piskiem. Pierwszy rzut oka na pokój: pusto. Drugi rzut oka na pokój: Jezus Maria.

To co Jane zobaczyła było nie wiarygodne. Oto na kanapie, która bardziej przypominała rozwalony materac z oparciem, leżała Rebel razem z Billie’m. Nie. Billie leżał na Rebel i całował ją gdzie popadło. Nie, nie był to sex. Byli w ubraniach, a wygądali na cholernie zakochanych. Jane i Frank patrzyli tak na nich z niedowierzaniem. Co jak co, było to cholernie krępujące. Jane w życiu by się w takiej sytuacji nie odezwała. Ale Frank… hmm…
- Lepiej by było gdybyście drzwi zamykali, jeszcze was ktoś ukradnie.- głowy Rebel i Billie’go natomiat odwróciły się w stronę drzwi. Spojrzeli na nich, po czym Billie zszedł z Rebel i usiadł obok niej. Rebel uśmiechnęła się przebiegle, po czym delikatnie oparła się o ramię Billie’go. Zapadła niezręczna cisza [osioł :D].
- No dobra chłopaki wypad. Idziemy spać. Sio ale już!- Jane wypędziła chłopaków z pokoju, po czym spojrzała na Rebel. Była niemiłosiernie rozczochrana, sukienka wygnieciona, szminka rozmazana. Rebel po stosunku. A jak inaczej to ująć? Nie da się.

Rebel obudziła się dość późno. Jane nie było, widocznie zeszła na śniadanie. Nie była jednak sama w pokoju. Obok łóżka, siedział jej własny, rodzony brat. Patrzył na nią swoimi szarymi oczami. Rebel nie wiedziała co powiedzieć. Zaczęła więc od podstaw :
- Co ty tu robisz?- spytała mocno zdziwiona.
- No przyjechałem po Ciebie. Musimy jechać na pogrzeb rodziców.- Rebel nie wierzyła, że przejechał taki kawał drogi tylko po to. Rebel nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wiedziała czy jechać. Widziała ich jak odjeżdżali, kiedy ich zostawiali. Teraz zobaczy ich jak odchodzą na zawsze.
- Kiedy i gdzie?- spytała. Nie chciała sama wracać do Berkeley. Chciała żeby wszyscy mogli być z nią. I pomóc jej w tym.
- Dwie przecznice z tąd, za 4 godziny.
- Jak to dwie przecznice z tąd?! Jak?!- nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Oni tu mieszkali Reb. Też się dowiedziałem dopiero wczoraj. Jechałem tu na łeb, na szyję. Rebel nie odmawiaj. Musisz ich chociaż pożegnać.
- Dobrze, dobrze, ale mogę wziąć kolegów? Nie chcę jechać sama!- narodził się w niej mały bunt. Nie wiedziała nawet dlaczego.
- Ile osób? Mam tylko dwa miejsca siedzące.- powiedział.
- Nie będą potrzebne.- przebiegle uśmiechnęła się przebiegle i wyszczeżyła zęby.

Cała piątka była gotowa. Rob załatwił już wszystkie formalności z Frose. Trwało to dosyć długo, Frose uparta babka. Fakt.
- No Rob my wskakujemy.- powiedziała Rebel ubrana w czarną sukienkę.- Jakoś sobie poradzimy nie będzie tak źle. No wskakujemy!- zakrzynęła.
- Będziemy jechać z tyłu pick up’a? Faaajnie.- odpowiedział Mike.
- Dobra, dobra. Pozapinajcie kurtki, będzie trochę wiało. No i chyba zaczyna padać.- z nieba zaczęły sypać się małe śnieżne gwiazdki.
Powoli cała piątka siedziała z tyłu pick up’a. Włosy rozwiewał wiatr, policzki robiły się czerwone od mrozu, kurtki były prawie mokre. Jazda nie trwała długo. Może 20 minut, ale tylko ze względu na jeden dłuższy korek. A brat Rebel, hoho jeździł jak wariat.
Samochód stanęł po dużym kościołem. Miał wielką wierzę, a zaraz za nim znajdował się cmentarz. Rebel, kiedy zrozumiała że to zaraz pochowa własnych rodziców, postanowiła zostać. Nie mogła jednak. Rob wyciągnął ją z tyłu samochodu i kazał iść do kościoła. Rebel powoli weszła. Zobaczyła dwie, duże, wyłożone koronką dębowe trumny. Bała się spojrzeć na ich zawartość. Poprostu nie mogła. Powoli podeszła do trumny. Zakryła usta, w tiku przerażenia.
To nie mogło się tak skończyć.
Poprostu nie mogło.

Bez kategorii

Kolejna wyczekiwana cz. opowiadania :)

Marzec 7th, 2010
Komentarze są wyłączone

Kolejna wyczekiwana cz. opowiadania :)
” She is the one that I adore…
Queen of my silent suffocation…”
Apocaliptyca/ Ville Valo/ Lauri Ylonen.
Bittersweet.

Sorki, rozmażyłam się. Teraz kolejna część opowiadania.

Rebel spojrzała w twarz swojej matki. Jak zwykle piękna i tak odległa. Jej włosy były identyczne jak Rebel. Kosmyki jasnej blond szopy, delikatnie opadały na czoło. Nie była już tak promienna. Leżała tam teraz, sama. Jej zgaszona twarz, teraz poorana zmarszczkami, nadal jednak wyglądała pięknie. Jej matka była piękna. BYŁA.
W oczach Rebel ukazały się duże, perłowe łzy. Bez słowa zaczęły spływać po jej policzkach, jakby nagle pękł jakiś słoik kryjący się przez tyle lat w Rebel. Teraz Rebel wiedziała jak wiele straciła. Podniosła głowę i ujżała swojego ojca. W odświętnym czarnym garniturze, który często zakładał idąć z Rebel za rękę do kościoła. Był taki jak Rob. Wysoki, o ciemych blond włosach, i dużych ustach. Teraz wykrzywiały się geście obojętności, braku jakiegokolwiek znaku. Rebel zadawała sobie pytanie, dlaczego w taki sposób musi się z nimi żegnać. Od czasu, gdy ich zostawili, Rebel widziała swoją matkę tylko raz. W dodatku przez chwilę. Stała na przejściu dla pieszych, w długim zielonym płaszczu, i czarnych okularach. Każdy mężczyzna który ją mijał, odwracał się i spoglądał na nią. Rebel tamtego dnia, spojrzała na nią i pobiegła do parku. Mieszkała jeszcze wtedy w Nowym Jorku. Więcej jej nie widziała. Aż do dziś.
Rebel stałaby tak przy swoich rodzicach, gdyby nie Rob. Musiał podejść do niej i nakłonić do powrotu na tyły kościoła. Ludzie patrzyli na Rebel jak na wariatkę. Najwyraźniej rodzice Rebel się nią nie pochwalili. Nigdy.

Rozpoczęła się msza. Rebel stała w samym tyle kościoła, jakby nieprzytomna. Wpatrywała się w pastora o bardzo przyjemnym wyrazie twarzy, który mówił o jej rodzicach, jako dobry i światłych obywatelach. Rebel i Rob’a coraz bardziej przybijała myśl, że nikt z tych osób nie wie o nich. O tym że oni mieli jakąś rodzinę. Dzieci, i wspomnienie dawnego życia.
Rebel rozglądnęła się. Patrzyła na twarze ludzi, opłakujących jej rodziców. Była tam prawie cała śmietanka tamtych czasów. Rebel zaczęła się zastanawiać, kim byli a tym „drugim” życiu jej rodzice. Politykami, aktorami, szefami korporacji? Jak Rebel mogła nie wiedzieć. Nie mogła przeboleć tego wszystkiego. To wszystko po prostu przeminęło, prysło jak bańka mydlana. Nigdy nie będą mieli drugiej szansy. Ani Rebel, ani jej rodzice. Jedyne, co Rebel może teraz zrobić, to pożegnać się z rodzicami, i zapomnieć o tym co było. I nigdy nie wróci.

Orszak żałobny, z pastorem na czele, powoli wyruszył na zasypany śniegiem cmentarz. Wokół Rebel mieniły się od słońca, przysypane śniegiem stare mogiły. Rebel oddaliła się od Jane i reszty. Szła teraz sama, na samym końcu orszaku, pogrążona w rozmyślaniach.
Cały pochód powoli zatrzymał się przy wielkiej dziurze wykopanej w ziemi, aby pochować jej rodziców. Rebel dołączyła do przyjaciół, przyjaciół stanęła pomiędzy swoim bratem, a Billie’m. Nawet na nich nie spojrzała. Wpatrywała się w trumny rodziców. Zaczął wiać wiatr. Włosy i sukienka Rebel powiewały na wietrze powodując, że wyglądała strasznie dumnie. Na twarzy widać było głęboki smutek i zamyślenie. Rebel pochyliła głowę, po czym zaczęła wpatrywać się w ziemię.
Pastor wygłaszał ostatnie pożegnanie. Powoli zaczęto spuszczać trumny, w ich miejsce ostatniego spoczynku. Ludzi poczęli wyjmować pojedyncze kwiaty z wielkich bukietów, po to by wrzucić je do grobu. W tej chwili Rebel zdała sobie sprawę, że nie ma nawet marnego kwiatka. Kiedy ludzie powoli zaczęli zbliżać się do dziury w ziemi, Rebel włożyła dłoń w kieszeń kurtki. Wtem poczuła coś twardego. Wyciągnęła z kieszeni. Był to stary różaniec z zielonych paciorków, który dostała od swojego ojca, kiedy skończyła 5 lat. Bez namysłu ruszyła w stronę dziury. Ludzie patrzyli na nią jak na jakiegoś wyrzutka. Panie zrobiły zniesmaczone miny, panowie zaczęli szeptać coś do siebie. Rebel spojrzała na nich ostrym wzrokiem, po czym podeszła do grobu.
- Dobranoc. I dowidzenia.- po tych słowach wrzuciła różaniec do grobów. Przez chwilę mienił się wszystkimi kolorami, po czym spadł pomiędzy dwie trumny. Nagle zawiał strasznie silny wiatr. Włosy Rebel rozwiały się, odsłaniając twarz, mieniącą się od łez. Oczy Rebel pozostawały nie wzruszone. Po tym geście odwróciła się i biegiem uciekła krętą i stromą ścieżką prowadzącą na parking.
Stanęła pod pick up’em. Uderzyła dłonią w szybę po czym osunęła się na ziemię i oparła się o koło. Dopiero wtedy zaczęła prawdziwie płakać. Końcu to do niej dotarło. Utraciła to co najważniejsze. I już nie wróci tamto.

Bez kategorii