Mmm…
Rebel nie zdążyła nawet pokwitować listów, ponieważ wbiegła do domu. Szybko zrzuciła kurtkę i buty w kąt, i czym prędzej pobiegła do pokoju. Kiedy tylko do niego weszła, zaczęła rozrywać koperty. Najbardziej dziwiło ją to, że nie była smutna. Cieszyła się, miała ochotę skakać ze szczęścia. Powstrzymała się jednak, i zaczęła czytać listy. Czytała je bardzo powoli, chciała przeanalizować każde słowo. “Kochana Córko!”, “Najukochańsza Rebel!”, tak zaczynały się prawie wszystkie listy. ” Uwierz nam, chcielibyśmy być z tobą. Niczego tak bardzo nie pragniemy. Są jednak sprawy przez które nie możemy być z wami. Są pewni ludzie… którzy są bez serca. Kiedyś nam to wybaczysz. Tylko tego pragniemy.”. To zdanie Rebel przeczytała chyba 10 razy. Kto? Kto nie pozwalał rodzicom być z nimi? Co spowodowało ich odejście? Teraz Rebel nie mogła nic zrobić. Ogarnęło ją uczucie że to też jej wina. Nigdy nie zrobiła niczego w tym kierunku. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Teraz jednak było już za późno. Miała się nigdy nie dowiedzieć, co to spowodowało.
Musiała z kimś o tym porozmawiać. Czym prędzej pobiegła do Jane. Nie była tam sama. Byli tam wszyscy których znała. Usiadła na kanapie między Jane a Frank’iem. Podała Jane te listy bez słowa. Powoli zaczęła je czytać. Po chwili spojrzała na Rebel, złapała ją za rękę i wyprowadziła z pokoju. Wszyscy patzyli na to trochę dziwnie.
- Boże, Rebel skąd to masz?- spytała. Wyraźnie się tym przejęła.
- Dzisiaj to dostałam. Musiałam komuś powiedzieć.- szeptała Rebel. Nie chciała żeby reszta to usłyszała. Sama nie wiedziała dlaczego. Poprostu bała się że ją wyśmieją. Mimo że znali się tak dobrze.
- Schowaj to i wracamy.- Jane uśmiechnęła się do Rebel, po czym spowrotem wciągnęła ją do pokoju. Kiedy weszły wszyscy spojrzeli na nie z zaciekawieniem. W pokoju zapadła krótka cisza. Niestety, nie na długo. Frank zauważył wystający kawałek papieru ze spodni Rebel.
- Mmm… Rebel wstań na chwilę.- zagadnął.
- A można wiedzieć po co?- spytała lekko zdziwiona.
- No co nogi Ci odpadną jak wstaniesz? Wstawaj.- odpowiedział.
- Dobra, dobra.- Rebel wstała. Po chwili poczuła szarpnięcie. Kiedy się odwróciła, Frank już wczytywał się w listy. Rebel próbowała mu je wyrwać, niestety robił dość sprytne uniki. Nie myśląc wiele, Rebel wbiła w jego ramię swoje paznokcie. Frank zawył z bólu, a Rebel porwała mu listy. Na dokładkę kopnęła Go lekko ( jak na jej lekko) w kostkę. Chłopak spojrzał na nią szalonym spojrzeniem, i odwrócił się do niej plecami. Rebel stwierdziła że nie ma co tutaj robić, więc wzięła kurtkę i zmyła się. Pocałowała Billie’go w policzek i wyszła.
Kiedy tylko znalazła się na ulicy krzyknęła. Ale nie z rozpaczy. Wręcz przeciwnie. To był krzyk radości. Nigdy nie czuła się tak dobrze. Teraz czuła że ma wszystko. Wszystkie osoby które ją otaczały, stały się dla niej nie wiarygodnie bliskie. Do domu wracała w podskokach. Czuła się tak jakby nałykała się gazu rozweselającego. Kiedy wróciła do domu było dosyć późno. Kiedy wracała postanowiła zrobić sobie dłuższą drogę. Przeszła do okoła całe Berkeley, Rodeo i jeszcze dalej. W domu zastała lekko wkurzonego brata. Chwilę się z nim pokłóciłą ( normalka), i poszła spać. Po zgaszeniu światła jeszcze długo myślała. O tych listach. Chciałaby wiedzieć kim byli Ci ludzie. Może kiedyś się tego dowie…?
Następny dzień był niewiarygodnie nudny. Jane pojechała ze swoim ojcem na zakupy, Frank pojechał kupić sobie nowe pałeczki (stare połamał kiedy był lekko nalany), Cruz miała w domu zjazd rodzinny, Mike pojechał szukać nowego mieszkania dla siostry (“nie chcesz ze mną mieszkać? proszę bardzo!). Wyglądło na to że pozostała tylko ona i Billie. Nie myśląc długo ubrała czarne oficerki, kurtkę i poszła do Billie’go. Drzwi otworzyła jej dziewczyna nie wiele starsza od Billie’go. Miała zielono-piwne oczy i długie brąz loki. Na początku Rebel wystraszyła się że to jakaś dziewczyna Billie’go.
- Dzień dobry… Jest Billie?- spytała nieśmiało.
- Jest na górze. Jestem jego siostrą. Przepraszam ale ja muszę lecieć, nie wdaje się w dłuższe rozmowy- uśmiechnęła się do Rebel. Wydawała się miła.- Billie jakieś dziewczę do Ciebie!- krzyknęła po czym wyszła. Dom wydawał się opustoszały. Po chwili zobaczyła Billie’go zbiegającego do niej po schodach. Pocałował ją w policzek i pociągnął do swojego pokoju.
- Sam jesteś?- spytała. Mimo że wiedziała że są sami, musiała zapytać. Zawsze gdy jest się czegoś pewnym pyta się. Głupie to, ale tak jest.
- Taaak.- uśmiechnął się przebiegle. Rebel spojrzała na niego ironicznie. Domyślała się o czym myślał. Trochę ją to śmieszyło, trochę przerażało. Jej się to jednak podobało.
Na jego biurku leżała jego gitara. Musiał coś majstrować przy strunach, bo wszystkie leżały na podłodze. Podobał się jej jego pokój. Był cały obklejony plakatami, ściany były popisane markerem. Na parapecie stało lekko obite radio. Za oknem widniał bezlistny klon. Rebel podeszła do okna i wlazła na parapet. Szybko znalazła się na konarze drzewa.
- No na co czekasz? Właź!- krzyknęła do Billie’go. Nie wiedziała dlaczego to robi. Była w takim humorze, że mogła wleźć wszędzie. Po chwili obok niej siedział Billie. Nagle poczuła sie dziwnie. Tak właściwie to nigdy nie była z nim sam na sam. No, może nie licząc tego pierwszego pocałunku. Poczuła się trochę onieśmielona. Wstała i przesunęła się na sam środek pnia drzewa. Było tak bardzo wygodnie. Można było się oprzeć i miało się pewność że się na spadnie. Po chwili dołączył do niej Billie. Spojrzała mu w oczy. Mogłaby się w nie wpatrywać bez przerwy. Billie spojrzał na nią i złapał ją w pasie. Przyciągnął ją do siebie tak, że usiadła na nim okrakiem. Na początku nie wiedziała co robić. Pocałował ją, a ona odwzajemniła pocałunek. Rebel oplotła Go nogami, a Billie wsadził swoje dłonie pod jej swetr. Zaczął padać śnieg. Nie było im zimno. Było tak jak miało być.
Poprostu.
