Boom.
Boom.
Kolejna, jakże długo wyczekiwana notka. Dzięki wszystkim za tak dużą ilość komentarzy. Rekord yeaaah :D
Rebel rzuciła się na Kat. Biła ją pięściami po twarzy, i brzuchu. Wkońcu, zmęczona obijaniem dziewczyny pięściami, zaczęła kopać ją w brzuch. Z ust Kat pociekła krew. Rebel biła by ją pewnie dłużej, gdyby nie Mike który odciągnął ją od dziewczyny. Wyrywała się i krzyczała w nadzieji na dalszą zemstę. Niestety nie udało jej się. Billie i Frank, zabrali jej plecak i resztki gitary które udało się zebrać z ulicy.
Szli ulicami Berkeley bez słowa. Rebel obracała w dłoniach szczątki gitary. Struny pocięły jej dłonie. Nie zważała na krwawienie. Zastanawiała się jak zniszczyć Kat Colorado. Jak sprawić jej większy ból niż dzisiaj.
- Frank.- zaczęła.
- Rebel.- odpowiedział niezbyt inteligentnie. Co mógł jej odpowiedzieć?
- Ty grałeś na skrzypcach prawda?- spytała.
- Nawet nie przypominaj.- zrobił zrezygnowaną minę.
- Przynieś mi dziś wieczorem nuty. Potrzebuje.- wyszczeżyła zęby w uśmiechu. Nie wiecie ile siły wymagał ten uśmiech…
- Dobra.- zakończył krótko. Powoli wszyscy zaczęli się rozchodzić. Rebel szybko weszła do domu, i poszukała brata. Musiała powiedzieć mu co się stało, wkońcu to była jego gitara. Nie miała pojęcia, jak ma spojrzeć mu w oczy. W oczy które z taką ufnością dawały Rebel tę gitarę. Wkońcu się pojawił. Bez słowa pokazała mu gitarę. Oglądnął ją i zabrał do swojego pokoju. Zamknął się w nim na klucz. Rebel przyłożyła ucho do drzwi. Usłyszała uderzenie, tak jakby uderzał gitarą (a raczej tym co po niej zostało) w ścianę. Zamknęła oczy, i poomacku ruszyła do pokoju. Nie chciała widzieć otaczającego ją świata.
Wrzuciła do pokoju plecak i ruszyła na strych. Nie była tam od czasu wprowadzenia się do tego domu. Wiedziała, że gospodarze zostawili tam sporo swoich gratów. Nie miała jednak zamiaru szukać skarbów. Poszła po skrzypce. Po chwili poszukiwań znalazła je. Zwykłe, proste, lekko odrapane skrzypce. Znalazła smyczek i spróbowała coś zagrać. Ku jej zdziwieniu pamiętała jak to się robi. Przypomniała sobie nuty, skale… Zaczęła grać. Nie ważne co. Poprostu grała.
Wieczorem Frank przyniósł jej nuty. Nie zabawił długo, bo musiał pomóc ojcu. Rebel nie dopytywała w czym. Jak musi, to musi. Zamiast rozmyślać, otworzyła zeszyt. Wydawał się dość staranny. Tylko na początku, ponieważ ostatnie strony pokrywały sprośne teksty i rysunki. Rebel uśmiała się nad tym. Powoli zaczynał poprawiać się jej humor. Co prawda powoli ale… nie można tym pogardzić.
Następnego dnia, lekcje odbyły się normalnie. Jane i Rebel zostały przez Frose zwolnione z ostatnich dwóch lekcji, po to by móc się przygotować. Powoli zmierzały w kierunku szkolnej hali. Miały dużo do zrobienia. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jeszcze nie odbywały się próby. A trzeba było. Nie wiedziały czy się zgrają, czy poprostu dają radę to zagrać. Jane miała grać na fortepienie. Poza próbą, trzeba było przygotować stroje i jakąś oprawę. Ten cały festyn, był konkursem. Młode talenty o. Billie i reszta nie brali udziału bo stwierdzili że “nie chcą się zbłaźnić”. Kiedy jednak Jane wytknęła im, że boją się konkurencji, natychmiast zaczęli się z nimi kłócić. Dziwni są, oj dziwni.
Rebel stała przed małym lustrem, w szkolnym kiblu i przyglądała się swojemu strojowi. Nie był on powalający. Wyglądała cholernie zwyczajnie. Myślała nad jakąś maska, lub coś w tym stylu. Niestety, nic z tego nie wyszło. Jane miała jednak dla Rebel małą niespodziankę.
- Rebel… masz.- wycięgnęła do niej jakieś wielkie podłużne pudło. Rebel powoli je otworzyła. Zaniemówiła z wrażenia. Były to wielkie białe, anielskie skrzydła.
- Skąd ty to wytrzasnęłaś?- spytała zdziwiona.
- U mnie na strychu było…- odpowiedziała z uśmiechem. Rebel szybko wyciągnęła skrzydła z pudła i założyła je na siebie. Na dnie pudła, leżało jednak jeszcze coś. Był to stary, lekko przykużony cylinder. Jane zapytana o niego, zrobiła dziwną minę. Nie miała pojęcia skąd się tam wziął. Rebel włożyła go na głowę. Wraz ze skrzydłami wyglądała jak osoba z bajki.
Chłopaki czekały już na szkolnej hali. Z tego co się dowiedzieli, Rebel i Jane miały występować jako pierwsze. Siedzieli jak zwykle w ostatnich rzędzach złożonych z krzeseł, zdala od wzroku nauczycieli. Mieli trochę za złe dziewczynom, że poszły z lekcji. Nie musiały pisać cholernego sprawdzianu. A przynajmniej by im pomogły.
Nagle na sali zgasły światła. Wszyscy myśleli że na sali poszły korki. W chwilę potem wszystko się wyjaśniło. Na małej sali pojawił się dwie dziewczyny. Najpierw weszła dziewczyna z grubą, białą świecą i w czarnej pelerynie. Usiadła na czarnym szkolnym fortepianie. Później pojawiła sie inna. Była ubrana w zwykły, czarny podkoszulek z długim rękawem, potargane na kolanach spodnie i czarne trampki za kostkę o kolorowych sznurówkach. Na plecach miała wielkie, białe i rozłożyste anielskie skrzydła. Na głowie miała czarny cylinder zasłaniający jedno oko. W ręku trzymała skrzypce.
Padło na nią śwatło z dużego reflektora. Zaczął grać fortepian. Dziewczyna ze skrzypcami zaczęła śpiewać.
” Yesterday…
All my troubles seemed so far away,
Now it looks as though they’re here to stay,
Oh, I believe in yesterday…”. Później pochwyciła za skrzypce i zaczęła grać. Wszystkie oczy zwróciły się na nie. Głos śpiewającej dziewczyny rozbrzemiewał po całej sali. Panowała zupełna cisza.
Dziewczyny przestały grać. Na sali zapadła zupełna cisza. Czyżby było tak źle. Po parunastu sekundach ciszy, jakaś młoda dziewczyna o rudych włosach wstała i zaczęła klaskać. Cała sala powoli zaczęła wstawać. Oklaski nie miały końca.
Rebel i Jane powoli zaczęły schodzić ze sceny. Pod sceną czekała na nich cała paczka. Mike, Kate, Billie i Frank. Zaczęli składać im pogratulowania. Billie podszedł do Rebel i przyciągnął do siebie.
Pocałował.
