Kolejna wyczekiwana cz. opowiadania :)
Kolejna wyczekiwana cz. opowiadania :)
” She is the one that I adore…
Queen of my silent suffocation…”
Apocaliptyca/ Ville Valo/ Lauri Ylonen.
Bittersweet.
Sorki, rozmażyłam się. Teraz kolejna część opowiadania.
Rebel spojrzała w twarz swojej matki. Jak zwykle piękna i tak odległa. Jej włosy były identyczne jak Rebel. Kosmyki jasnej blond szopy, delikatnie opadały na czoło. Nie była już tak promienna. Leżała tam teraz, sama. Jej zgaszona twarz, teraz poorana zmarszczkami, nadal jednak wyglądała pięknie. Jej matka była piękna. BYŁA.
W oczach Rebel ukazały się duże, perłowe łzy. Bez słowa zaczęły spływać po jej policzkach, jakby nagle pękł jakiś słoik kryjący się przez tyle lat w Rebel. Teraz Rebel wiedziała jak wiele straciła. Podniosła głowę i ujżała swojego ojca. W odświętnym czarnym garniturze, który często zakładał idąć z Rebel za rękę do kościoła. Był taki jak Rob. Wysoki, o ciemych blond włosach, i dużych ustach. Teraz wykrzywiały się geście obojętności, braku jakiegokolwiek znaku. Rebel zadawała sobie pytanie, dlaczego w taki sposób musi się z nimi żegnać. Od czasu, gdy ich zostawili, Rebel widziała swoją matkę tylko raz. W dodatku przez chwilę. Stała na przejściu dla pieszych, w długim zielonym płaszczu, i czarnych okularach. Każdy mężczyzna który ją mijał, odwracał się i spoglądał na nią. Rebel tamtego dnia, spojrzała na nią i pobiegła do parku. Mieszkała jeszcze wtedy w Nowym Jorku. Więcej jej nie widziała. Aż do dziś.
Rebel stałaby tak przy swoich rodzicach, gdyby nie Rob. Musiał podejść do niej i nakłonić do powrotu na tyły kościoła. Ludzie patrzyli na Rebel jak na wariatkę. Najwyraźniej rodzice Rebel się nią nie pochwalili. Nigdy.
Rozpoczęła się msza. Rebel stała w samym tyle kościoła, jakby nieprzytomna. Wpatrywała się w pastora o bardzo przyjemnym wyrazie twarzy, który mówił o jej rodzicach, jako dobry i światłych obywatelach. Rebel i Rob’a coraz bardziej przybijała myśl, że nikt z tych osób nie wie o nich. O tym że oni mieli jakąś rodzinę. Dzieci, i wspomnienie dawnego życia.
Rebel rozglądnęła się. Patrzyła na twarze ludzi, opłakujących jej rodziców. Była tam prawie cała śmietanka tamtych czasów. Rebel zaczęła się zastanawiać, kim byli a tym „drugim” życiu jej rodzice. Politykami, aktorami, szefami korporacji? Jak Rebel mogła nie wiedzieć. Nie mogła przeboleć tego wszystkiego. To wszystko po prostu przeminęło, prysło jak bańka mydlana. Nigdy nie będą mieli drugiej szansy. Ani Rebel, ani jej rodzice. Jedyne, co Rebel może teraz zrobić, to pożegnać się z rodzicami, i zapomnieć o tym co było. I nigdy nie wróci.
Orszak żałobny, z pastorem na czele, powoli wyruszył na zasypany śniegiem cmentarz. Wokół Rebel mieniły się od słońca, przysypane śniegiem stare mogiły. Rebel oddaliła się od Jane i reszty. Szła teraz sama, na samym końcu orszaku, pogrążona w rozmyślaniach.
Cały pochód powoli zatrzymał się przy wielkiej dziurze wykopanej w ziemi, aby pochować jej rodziców. Rebel dołączyła do przyjaciół, przyjaciół stanęła pomiędzy swoim bratem, a Billie’m. Nawet na nich nie spojrzała. Wpatrywała się w trumny rodziców. Zaczął wiać wiatr. Włosy i sukienka Rebel powiewały na wietrze powodując, że wyglądała strasznie dumnie. Na twarzy widać było głęboki smutek i zamyślenie. Rebel pochyliła głowę, po czym zaczęła wpatrywać się w ziemię.
Pastor wygłaszał ostatnie pożegnanie. Powoli zaczęto spuszczać trumny, w ich miejsce ostatniego spoczynku. Ludzi poczęli wyjmować pojedyncze kwiaty z wielkich bukietów, po to by wrzucić je do grobu. W tej chwili Rebel zdała sobie sprawę, że nie ma nawet marnego kwiatka. Kiedy ludzie powoli zaczęli zbliżać się do dziury w ziemi, Rebel włożyła dłoń w kieszeń kurtki. Wtem poczuła coś twardego. Wyciągnęła z kieszeni. Był to stary różaniec z zielonych paciorków, który dostała od swojego ojca, kiedy skończyła 5 lat. Bez namysłu ruszyła w stronę dziury. Ludzie patrzyli na nią jak na jakiegoś wyrzutka. Panie zrobiły zniesmaczone miny, panowie zaczęli szeptać coś do siebie. Rebel spojrzała na nich ostrym wzrokiem, po czym podeszła do grobu.
- Dobranoc. I dowidzenia.- po tych słowach wrzuciła różaniec do grobów. Przez chwilę mienił się wszystkimi kolorami, po czym spadł pomiędzy dwie trumny. Nagle zawiał strasznie silny wiatr. Włosy Rebel rozwiały się, odsłaniając twarz, mieniącą się od łez. Oczy Rebel pozostawały nie wzruszone. Po tym geście odwróciła się i biegiem uciekła krętą i stromą ścieżką prowadzącą na parking.
Stanęła pod pick up’em. Uderzyła dłonią w szybę po czym osunęła się na ziemię i oparła się o koło. Dopiero wtedy zaczęła prawdziwie płakać. Końcu to do niej dotarło. Utraciła to co najważniejsze. I już nie wróci tamto.
